Czy postęp medycyny musiał zostać okupiony ludzkim cierpieniem? I jak sprawić, by współczesny czytelnik z zapartym tchem śledził losy dawnych poszukiwaczy? Andrzej Pilipiuk w rozmowie o swojej najnowszej książce zabiera nas w podróż po pionierskich latach farmacji, mistycznych przepowiedniach i zakamarkach Warszawy. Autor zdradza, dlaczego od wielkich sekretów woli konkretny detal, w jaki sposób odzyskuje literackie surowce i dlaczego jego bohaterowie – Robert Storm i doktor Skórzewski – zamiast zwykłą ciekawością, kierują się głębokim imperatywem moralnym. „Biały dom”, nowy zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka, ukazał się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Marcin Waincetel: W zapowiedzi „Białego Domu” pojawia się myśl, że ciekawość to katalizator, który czasem prowadzi nad przepaść… Czym jest dla Twoich bohaterów – ludzi nauki, rzemiosła, ale też pasjonatów wielkiej historii – owa „przepaść”? I dlaczego Storm oraz Skórzewski decydują się, aby właściwie za każdym razem wyruszyć w nieznane?

Andrzej Pilipiuk: Sprowadzenie motywu przewodniego do ciekawości to trochę zbanalizowanie przesłania. Owszem, obaj główni bohaterowie są ciekawi, lubią dociekać i mierzyć się z zagadkami, ale wolę myśleć, że Storma i Skórzewskiego pcha podobny imperatyw moralny. Niezgoda na stan zastany, niezgoda na krzywdę ludzi i przedmiotów, niezgoda na destrukcję i upadek.

Czyli to nie tylko chęć poznania, ale wręcz obowiązek naprawiania świata?

Właśnie tak. Doktor szuka nowych leków i sposobów terapii, usiłuje zebrać fundusze na badania – które, jak wiemy, finalnie dałyby nam antybiotyki kilka dekad przed odkryciem penicyliny. Postawiony wobec przypadków będących medyczną zagadką, usiłuje postawić właściwą diagnozę i podjąć próbę terapii.

Storm z kolei rozwiązuje zagadki, łamie szyfry, szuka artefaktów i depozytów, by ocalić choć kilka okruchów z dorobku poprzednich pokoleń. Ale też oprawia stare książki, klei z kawałków potrzaskane filiżanki; potrafi wygrzebać z ziemi kawał szyby, by stary obrazek oprawić w oryginalne szkło z epoki. Obaj postępują szlachetnie, bo taki mają charakter. Ciekawość jest tylko dodatkiem.

Skórzewski bada tym razem między innymi raczkujące badania nad transfuzją krwi. Czy wybierasz takie momenty w historii nauki dlatego, że wtedy najłatwiej pokazać lęk i nadzieję zwykłego człowieka, który nie wie jeszcze, czy tworzy lekarstwo, czy zagrożenie?

Medycyna miała wiele bardzo dziwnych zakrętów. Istniały terapie, o których zapomniano, bo choć obiecujące, okazały się nieskuteczne lub przynosiły szkody. Istniały też takie, które w swojej epoce dawały ulgę cierpiącym, ale zostały zarzucone, bo po prostu mamy dziś coś znacznie lepszego.

Czy możesz podać jakiś konkretny przykład takiego sytuacji?

Na przykład przeciw syfilisowi stosowano początkowo rtęć – dawała ulgę, ale szybko niszczyła organizm. Następnie zastosowano zarażanie zarodźcami malarii – potworne uderzenia wysokiej gorączki zabijały znaczną część bakterii, potem unicestwiano zarodźce chininą i powtarzano cykl kilkukrotnie. Problem w tym, że kuracji tej można było nie przeżyć. Później pojawił się salwarsan – lek przeciwbakteryjny – potężny, dobroczynny, ratujący przed straszliwą chorobą, ale niosący liczne skutki uboczne. Wreszcie przyszła era antybiotyków.

Cóż, to brzmi trochę jak medyczna partyzantka. Jak w tym wszystkim odnajduje się Twój bohater?

Doktor żyje w pionierskich latach farmacji. Testowano różne leki – na zwierzętach, ale też bezpośrednio na ludziach. Działano mniej i bardziej etycznie. Nie znano wielu mechanizmów biochemicznych i biofizycznych. Dawkowanie dobierano na ślepo, metodą prób i błędów. Nie zawsze umiano ocenić skutki uboczne, zwłaszcza gdy pojawiały się po dłuższym czasie. Postęp medycyny, którego owoce dziś konsumujemy, został okupiony bardzo drogo.

Skórzewski bardzo poważnie traktuje przysięgę Hipokratesa. Jednak w jego otoczeniu pojawiają się lekarze, którzy mają bardziej swobodne podejście. Widać to choćby w opowiadaniu „Pokusa uśmiechu”. Zarazem nasz doktor nie jest przeciwnikiem ryzykownych terapii czy eksperymentów. Po prostu widząc skuteczność metody, bez wahania łamie czasem idiotyczne przepisy.

Robert Storm z kolei rusza tropem przepowiedni z przedstawieniem Trójcy Świętej. W Twoim zamyśle – o ile dobrze to interpretuję – jest to dla Twojego bohatera oczywiście wyzwanie intelektualne, ale również doświadczenie mistyczne…

Trochę tak. W młodości usłyszał dziwaczną przepowiednię. Wygłosił ją w dodatku wyznawca innej religii… Mija ponad dwadzieścia lat i prawie zapomniana przepowiednia zaczyna się spełniać. Przybywa kobieta szlachetnej krwi i czystego serca… Jak w mozaice – barwne kosteczki układają się w logiczną całość.

Czy to najbardziej „duchowy” moment w tej książce?

Możliwe, choć bardziej mistyczne było chyba opowiadanie „Drogi przez morze”. Tam całość wyglądała na rodzaj testu. Bohater dostał narzędzia i posiadł wiedzę, by dokonać czegoś teoretycznie niemożliwego. Aby jednak tego dokonać, musiał wspiąć się na absolutne wyżyny swojego rozumu…

Trochę mistyki w tych tekstach jest – odrobinę więcej niż w naszym życiu. Ale i nam czasami przytrafia się coś, co interpretujemy jako znaki wyższych sił. Dobre uczynki potrafią zaprocentować w najdziwniejszy sposób. Spotykają nas zdarzenia, które ze statystycznego punktu widzenia wydają się niemożliwe.

Często podkreślasz, że od wielkich sekretów wolisz konkretny detal. Czy masz jakąś stałą metodę „wyłapywania” tych drobiazgów podczas researchu?

Czytam najróżniejsze, najdziwniejsze książki i artykuły. Podążam za tematami, które mnie zainteresują. Wracam niekiedy do zainteresowań z dzieciństwa czy młodości. Szukam „ciągu dalszego”, sprawdzam, co nowego odkryto. Mam w mózgu nieprawdopodobny śmietnik, ale z tego śmietnika da się czasem pozyskać jakieś surowce wtórne.

Nie boisz się, że te detale przytłoczą czytelnika?

Cały dowcip polega na tym, by umieć przekazać choć echo swoich pasji. Normalny człowiek, który zobaczy, że bohaterowie dywagują nad kolonializmem semigalo-kurlandzkim, rzuciłby książkę po kwadransie. Trzeba tak to napisać, żeby czytelnik w ciągu tych piętnastu minut stał się zagorzałym kibicem ich poszukiwań… By czytał z wypiekami na twarzy nawet o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie słyszał. I by zamykając książkę, był trochę mądrzejszy niż przed lekturą.

„Fantastyka bliskiego zasięgu” to termin, który świetnie oddaje Twoją twórczość. Jak w praktyce wygląda u Ciebie proces „zmniejszania zasięgu” fantastyki, by pozostała ona blisko codzienności?

Kluczem jest przysłowiowy „zwykły człowiek”. Moi czytelnicy to przeważnie zupełnie zwyczajni ludzie. Moi bohaterowie to także tacy normalni, porządni goście, którym przytrafiają się różne rzeczy. Możemy się z nimi utożsamić. Ta proza to niepisany sojusz zwyczajnych czytelników, bohaterów i mnie, autora – zupełnie zwyczajnego kolesia, który lubi sobie pofantazjować.

Nawet jeśli bohaterowie mają niezwykłe zdolności, jak Robert Storm?

Storm ma mózg jak komputer kwantowy, ale przeważnie nie umie z tego skorzystać. Za to jego kumpel Arek jest zwyczajny do bólu. Znamy takich, czasem sami się w nim odnajdujemy. Uważa za zaszczyt, że może plątać się Stormowi pod nogami… Czasem irytuje, czasem trochę pomoże.

Nie odkrywam tu Ameryki. To wszystko zachowania bardzo ludzkie, i przez to nam bliskie. Często gram na sytuacjach, które są dla czytelnika znajome – jak przypadkowe spotkanie po latach czy znalezienie dawno zapomnianej książki.

W nowym tomie prowadzisz nas przez mroczne groby i dawne miejsca kultu. W jaki sposób budujesz te przestrzenie?

Przede wszystkim większość miejsc, które opisuję, realnie istnieje. Stadion X-lecia, cmentarz na warszawskiej Woli czy klub „Ognisko” w Sztokholmie. Obok lokacji istniejących realnie pojawiają się także te zmyślone – ale prawdopodobne. Pokazuję, że magia może tkwić wszędzie. Nawet w zaszczanej bramie starej kamienicy na Szmulkach.

Czyli to taki rodzaj „miejskiej archeologii” w literaturze.

Można tak powiedzieć. Niejeden z nas spostrzegł ślad carskiego szyldu na tynku albo zabłądził na cmentarzu i natrafił na niezwykły grobowiec. Pisząc opowiadania, regularnie gram na tym archetypie „małego odkrycia”.

Na koniec sakramentalne pytanie o przyszłość. Nad czym obecnie pracuje Andrzej Pilipiuk?

Napisałem pierwsze trzy tomy cyklu dla dzieciaków „Trolle z wyspy Frisland”. Pierwszy ukaże się jesienią, a kolejne planuję pisać aż do 2035 roku. Mam też rozgrzebane „Światy Pilipiuka” i myślę o podręczniku pisania – po siedemdziesięciu książkach zebrałem już chyba niezbędne doświadczenie. W 2027 roku chcę wydać monografię rodzinnych Wojsławic. W każdym razie: na emeryturę jeszcze się nie wybieram.

Andrzej Pilipiuk ur. 1974r – urodził się w Warszawie, mieszka obecnie w Krakowie. Mentalnie związany z Wojsławicami w powiecie Chełmskim, gdzie jego rodzina mieszkała co najmniej od połowy XVIII wieku. Osadzie tej poświęcił kilka publikacji regionalistycznych. Debiutował w 1996 roku opowiadaniem „Hiena” – otwierającym cykl przygód Jakuba Wędrowycza. Następnie przez pięć lat bezskutecznie usiłował wydać pierwszy tom przygód tego bohatera. 

W latach 1999-2005 współpracował z wydawnictwem Warmia przy kontynuacji przygód pana Samochodzika. Spod jego pióra wyszło 19 tomów. Od 2001 roku związany z Wydawnictwem Fabryka Słów. W ciągu 23 lat współpracy opublikował wraz Nimi 48 książek dzielących się na kilka cykli tematycznych.

Paleokapitalista, konserwatysta i monarchista. Bardzo krytycznie podchodzi do szaleństw naszych czasów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here