Czy znacie ten specyficzny rodzaj tęsknoty za krajobrazem, którego nigdy nie widzieliście na własne oczy? Albo jeszcze inaczej – wyobrażenie zapachu powietrza z ery, gdy nasi przodkowie nie wykorzystywali jeszcze internetu… Ugo Bienvenu, francuski wizjoner młodego pokolenia i reżyser filmów animowanych, właśnie na takich fundamentach zbudował „Arco”. Fascynująca, melancholijna, futurystyczna elegia o tym, że w świecie totalnej łączności staliśmy się emocjonalnymi pustelnikami…

Holograficzna samotność w złotym akwarium
Bienvenu rzuca nas do roku 2075, ale nie jest to wizja dystopijnego porządku, nie oczekujcie w tym świecie cyberpunkowego brudu spod znaku „Blade Runnera”. Zamiast tego otrzymujemy dosyć sterylną, pastelową dystopię, w której mała Iris żyje wewnątrz high-techowego akwarium. Jej rzeczywistość jest domknięta, policzalna i bezpieczna do bólu. Nad każdym jej krokiem czuwa Mikki – robotyczna niania, będąca ucieleśnieniem algorytmicznej nadopiekuńczości.
Emocjonalna tragedia Iris nie polega na braku, lecz na specyficznej, cyfrowej obecności. Jej rodzice to jedynie błękitne cienie, hologramy migoczące w salonie z uporem zepsutych pikseli. I cóż, nie da się ukryć, że… są blisko, a jednak dzieli ich odległość nie do pokonania – bariera między kodem a dotykiem. Reżyser zobrazował bolesny portret pokolenia wychowanego przez ekrany, gdzie czułość została zastąpiona przez wysoką rozdzielczość, a głos matki nie niesie ze sobą żadnego ciężaru gatunkowego.
Mecha-melancholia i duchy z Ghibli
Kiedy w tę statyczną egzystencję wbija się Arco – dzieciak z roku 2925, który ukradł kombinezon do podróży w czasie tylko po to, by zobaczyć dinozaury – film nabiera tempa właściwego dla Kina Nowej Przygody. Ale nie dajcie się zwieść: pod płaszczem ucieczki i przygody kryje się fascynujący dialog estetyk.
Bienvenu, jak przystało na ilustratora-erudytę, uprawia tu wyrafinowane kolaże kulturowe. Z jednej strony czuć europejską szkołę czystej linii, z drugiej – niemal nabożny hołd dla Studia Ghibli. Natura w „Arco” nie jest tylko tłem, stanowi swoiste sacrum. Każdy owad, każde źdźbło trawy ocalałe w tym świecie wydaje się posiadać iskrę bożą, co drastycznie kontrastuje z martwym, polerowanym metalem technologii. To wizualne starcie przypomina nam, że ekologia to nie tylko statystyki emisji CO2, ale przede wszystkim zdolność do zachwytu nad tym, co organiczne i kruche.
Czułość w świecie… po końcu świata
Dynamika relacji między Iris a Arco stanowi o wyjątkowej potędze emocjonalnej filmu, wydaje się, że historia jest przefiltrowana przez francuski egzystencjalizm. To spotkanie dwóch skrajnie różnych „obcych”, którzy w dziecięcej naiwności odnajdują jedyny racjonalny sposób na przetrwanie: autentyczny kontakt. Arco nie jest tylko podróżnikiem; jest dowodem na to, że wszechświat wciąż potrafi być dziki, nieobliczalny i – co najważniejsze – czuły.
Największym sukcesem Bienvenu jest to, że w swoim artystycznym manifeście… nie krzyczy. Nie urządza nam histerycznej lekcji moralnej o zmianach klimatu. Zamiast tego uprawia politykę małych gestów. Troska przejawia się tu w próbie zrozumienia drugiego człowieka, w dotyku, w odrzuceniu sterylnej wygody na rzecz brudu prawdziwego życia.
„Arco” to seans ożywczy. Poetyckie przypomnienie, że choćbyśmy obudowali się najdoskonalszymi systemami bezpieczeństwa, to bez drugiego człowieka – takiego z krwi, kości i emocji – pozostaniemy jedynie bardzo wyraźnymi hologramami w pustym, lśniącym salonie.




