Ponoć prawdziwe piękno kryje się wewnątrz człowieka, albo – jak mówi inne porzekadło – jest przede wszystkim w oku patrzącego. O tym właśnie, między innymi, traktuje „Piękna i Bestia”. Jednak w animowanym klasyku Disneya po latach docenia się nie tylko temat, ale i formę… zarówno motyw przeklętej miłości oraz inscenizacyjne bogactwo. Czy nie jest to czasem najlepszy romans gotycki zaklęty w formule kina rysunkowego?

Historia rozpoczyna się w iście magiczny sposób, bo widzimy, że zapisano ją na witrażach – formie charakterystycznej przecież dla architektury sakralnej. Tyle że opowieść jest raczej… nieco diabelska, wszak dowiadujemy się, że próżny książę, który nie potrafił okazać dobra i pomocy wobec potrzebujących, został przemieniony w przerażającą Bestię. Urok rzucony przez wróżkę może zostać zdjęty tylko wówczas, gdy bohater zasmakuje prawdziwej miłości – takie uczucie może wywrzeć na nim równie piękna, co niewinna Bella.

Już sama relacja miłosna nakreślona jest w dosyć nieoczywisty sposób. Oparto ją na kontrastach – dobre, złe, piękne i brzydkie – niwelowanych stopniowo, nieśpiesznie. Wiedząc, na czym polega tajemnica Bestii, nie tracimy jednak zainteresowania historią, bo podobnie jak późniejsi zakochani (swoją drogą do jakiegokolwiek głębszego uczucia dojrzewają oni dopiero w końcowym akcie), mamy okazję, aby zapoznać się i skonfrontować z tym, co ważne dla świata natury i cywilizacji – umowna granica znajduje się w samym portrecie potwora. Jest zatem antynomiczna para, przerażający sekret, nastrojowe przestrzenie starego zamczyska, klątwa, osaczenie, rodząca się nieśmiało namiętność…

…w „Pięknej i Bestii” jest zresztą więcej elementów odsyłających do romansu gotyckiego. Sentymentalnej opowieści z nadnaturalnym zagrożeniem. Inna sprawa, że nawet jeśli atmosfera grozy wynikająca z obecności Bestii stopniowo ustępuje miejsca nieco łagodniejszym, komediowo-obyczajowym sekwencjom, to zagrożenie wyczuwalne jest nieustannie, ba, z czasem ulega tylko zwielokrotnieniu. Dość powiedzieć, że Gaston, główny czarny charakter filmu, w pewnym momencie próbuje umieścić ojca Belli w zakładzie psychiatrycznym, aby niedługo później poprowadzić marsz na twierdzę Bestii. Gaston to właściwie potwór w ludzkiej skórze, nieszczęsny amant i charakternik – ostateczna walka pomiędzy nim a przeklętym księciem potrafi wywołać szybsze bicie serca.

Ale są przecież momenty pogodne i nastrojowe, co zawdzięczamy drugoplanowym postaciom magicznym – Pani Imbrykowej, Bryczkowi, Trybikowi, Płomykowi… zwłaszcza gdy przestają recytować, a wyśpiewują czarowne utwory opracowane przez Howarda Ashmana i Alana Menkena. Jest dowcipnie, nastrojowo, z przytupem! Dość powiedzieć, że „Piękna i Bestia” otrzymała oscarowe statuetki za najlepszą muzykę oryginalną i piosenkę. Jest to zresztą pierwszy w historii film animowany nominowany do tych wciąż najbardziej pożądanych nagród.

Uzyskanie takiego, a nie innego charakteru widowiska – odpowiednio nastrojowej, baśniowej aury – zawdzięczamy rysownikom i animatorom hołdującym tradycji, dzięki której ponad sto tysięcy obrazów (tła, bohaterowie, gra światłem i cieniem) wprawionych zostało w ruch. To iście magiczny spektakl, który – zaryzykować można jeszcze przed obejrzeniem aktorskiej adaptacji – jest nieprawdopodobnie realny. Chociaż historię o wyzwoleniu przez miłość zapisano przecież na witrażu…

Filmową perełkę można zobaczyć między innymi w kinematograficznej bibliotece HBO GO!

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here