Andrzej Pilipiuk od lat przyzwyczaja nas do literackich podróży, w których fikcja rzadko kiedy jest wyłącznie ucieczką od rzeczywistości. W swoich opowiadaniach „bezjakubowych” – pozbawionych bimbrowniczej groteski Jakuba Wędrowycza – autor chętniej przeobraża się w literackiego archeologa. Zamiast czystej, nieskrępowanej niczym rozrywki dostajemy wytworne rzemiosło, w którym detale z dawnych kronik, zapomniane terapie medyczne i topografia często egzotycznych miejsc tworzą kręgosłup opowieści. Najnowszy, szesnasty już zbiór zatytułowany „Biały Dom” to powrót do uniwersum, gdzie wielka ciekawość człowieka niemal zawsze sąsiaduje z moralnym niepokojem i przeczuciem nadchodzącego zmierzchu. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Pilipiuk nie bawi się w artystyczną rewolucję i daje wiernym czytelnikom to, co potrafi najlepiej: niesamowicie pomyślaną, zbalansowaną, wielowątkową antologię, w której pierwsze skrzypce grają dwaj flagowi bohaterowie – doktor Paweł Skórzewski oraz Robert Storm. Choć na pierwszy rzut oka obaj panowie żyją z rozwiązywania zagadek, autor wyraźnie akcentuje, że ich motywacją nie jest tani głód sensacji. Tak naprawdę jest to wewnętrzny, etyczny imperatyw; niezgoda na destrukcję świata, na niszczenie pamięci i ludzkie cierpienie.

Pionierzy na ślepo i mistyczne mozaiki

Trzeba wskazać, że wątki medyczne w tym zbiorze uderzają najmocniej. Pilipiuk z właściwą sobie precyzją rekonstruuje realia przełomu XIX i XX wieku – epoki, w której medycyna przypominała momentami ryzykowną partyzantkę. Śledząc losy doktora Skórzewskiego, który bada raczkujące metody transfuzji krwi czy alternatywne (i często makabryczne) sposoby leczenia syfilisu, dotykamy fascynującego dualizmu tamtej epoki. To świat, gdzie nadzieja mieszała się z lękiem, dawki dobierano metodą prób i błędów, a postęp, z którego dobrodziejstw dziś korzystamy, rodził się w bólach i był opłacany najwyższą ceną. Skórzewski, wierny przysiędze Hipokratesa, jawi się tu jako postać tragiczna – człowiek szlachetny, zmuszony do lawirowania między skostniałym prawem a moralnym obowiązkiem ratowania życia.

Z kolei Robert Storm reprezentuje drugą, bardziej analityczną i nostalgiczną stronę autorskiech poszukiwań. Pilipiuk rzuca go na trop dawnej przepowiedni i poszukiwań przedstawienia Trójcy Świętej. W tych fragmentach autor subtelnie przesuwa akcenty w stronę mistyki. Storm, człowiek o umyśle sprawnym niczym komputer kwantowy, w zderzeniu z fatum i realizującym się po dwudziestu latach proroctwem musi wzbić się na wyżyny własnego intelektu. Co ciekawe, ta duchowość u Pilipiuka nie jest ani nachalna, ani pretensjonalna – to raczej seria zdarzeń statystycznie niemożliwych, które każą bohaterom (i czytelnikowi) uwierzyć, że dobre uczynki wracają w najbardziej nieoczywisty sposób.

Groza postępu, czyli anatomia upadku

Prawdziwy ciężar gatunkowy zbioru ujawnia się jednak w tytułowym, zamykającym tom opowiadaniu „Biały Dom”. Pilipiuk decyduje się na dwutorową narrację, rozpiętą między lutym 1946 roku, gdy Skórzewski ulega groźnemu wypadkowi, a jego wspomnieniami z wyprawy na mroźną, odległą Kołymę z lata 1899 roku. Fabuła gęstnieje wokół tematyki pierwiastków promieniotwórczych i atomowego potencjału. Bezkompromisowa, oniryczna i niezwykle smutna przestroga przed ludzką pychą. Pilipiuk snuje ponurą wizję przyszłości, w której żądza postępu wygrywa z sumieniem, a nauka staje się narzędziem totalnej destrukcji. To opowieść o granicach odpowiedzialności badacza, pozostawiająca po lekturze gorzki posmak i poczucie nieuchronnego końca.

Literacka archeologia codzienności

Wielką, niezmienną siłą prozy Pilipiuka pozostaje tzw. „fantastyka bliskiego zasięgu”. Pisarz unika kosmicznej skali; magii i niezwykłości szuka na cmentarzu na warszawskiej Woli, na dawnym Stadionie X-lecia, albo również – jak sam bezpretensjonalnie określa w wywiadach – zaszczanej bramie starej kamienicy na Szmulkach. Swoista, bo miejska archeologia sprawia, że świat przedstawiony staje się namacalny. Czytelnik natychmiast wchodzi w niepisany sojusz z autorem i jego zwyczajnymi, nieco poturbowanymi przez los bohaterami.

„Biały Dom” to literatura prawdziwie piękna, bo różnorodna, napisana z ogromną kulturą słowa i szacunkiem do historycznego detalu. Pilipiuk udowadnia, że wciąż potrafi kleić literackie naczynia z okruchów przeszłości i robi to w sposób, który nie pozwala odłożyć książki bez głębszej refleksji nad tym, dokąd jako ludzkość zmierzamy… Fantastyczna, nomen omen, perełka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here