Istnieje takie przekonanie, że w świecie zdominowanym przez ekrany i wieczny szum informacyjny sztuka czytania – zwłaszcza ta dziecięca, bezinteresowna i żarliwa – powoli odchodzi do lamusa. Cóż, jeśli ktoś naprawdę wierzy w ten zmierzch wyobraźni, to niezawodny znak, że jest po prostu… mugolem. Czytanie to przecież jeden z niewielu pozostałych nam procesów, które są w pełni intymne; to jedyny moment, w którym świat budujemy wspólnie z autorem, nakładając własne emocje na czarny druk. Słowem – prawdziwa magia.

Dlatego właśnie wznowienie sagi o Harrym Potterze z ilustracjami Kai Bajowskiej to coś więcej niż tylko kolejna pozycja w planie wydawniczym – serio, to jedno z ciekawszych popkulturowych wydarzeń ostatnich miesięcy. Można oczywiście dygresyjnie zastanawiać się nad nadchodzącym serialem od HBO i tym, czy kolejna próba ekranizacji nie rozmyje tej magii, ale szczerze cieszy każda nowa fala popularności Wizarding World. Każdy pretekst, by nowi czytelnicy wkroczyli do uniwersum J.K. Rowling, jest cenny, bo to jedna z tych bram, które po przejściu zmieniają nas na zawsze.

Wracając do samej lektury i śledząc te nowe edycje, trudno nie ulec potężnej dawce nostalgii, którą Bajowska wplotła w swoje grafiki. Cały cykl, od pierwszego wejścia na Ulicę Pokątną aż po finałowe rozstrzygnięcia, zyskuje tu zupełnie nową głębię. To moment, w którym opowieść o magii staje się opowieścią o szukaniu własnych korzeni i mierzeniu się z mrokiem, który nie zawsze przychodzi z zewnątrz. Dzięki tej oprawie znów można poczuć, jak historia traci swoją początkową lekkość, ewoluując w stronę czegoś znacznie poważniejszego i bardziej złożonego.

Fascynujące jest to, jak bardzo warstwa wizualna potrafi przedefiniować nasze poczucie bezpieczeństwa w znanej lekturze. Ilustracje Kai Bajowskiej wprowadzają do Hogwartu pewien rodzaj oniryzmu i niepokoju, który udało się przemycić również w filmowej wersji, ale też nie zawsze… W graficznej interpretacji Bajowskiej magia jest bardziej „organiczna” – da się w niej wyczuć gatunkowy ciężar, podziwiać gotycką estetykę murów szkoły, zapach starych pergaminów, woń eliksirów… I to też sprawia, że powrót do kolejnych tomów staje się niemal archeologicznym odkrywaniem znaczeń, które wcześniej mogły nam umknąć pod naporem dynamicznej akcji.

Warto też pochylić się nad samą koncepcją „kolekcjonowania wspomnień”. W dobie cyfrowej tymczasowości, gdzie wszystko jest dostępne za jednym kliknięciem, fizyczność tych wydań – ich faktura, zapach i wspomniane projekty artystyczne – staje się aktem naprawdę niezwykłym. Dla niektórych, słusznie, jest to budowanie domowej świątyni popkultury, w której Harry Potter nie jest tylko symbolem, ale żywym dowodem na to, że pewne opowieści dojrzewają razem z nami. A właśnie w tym kontekście nowe szaty graficzne stanowią bardzo udany dialog pokoleń: dla tych, którzy na list czekali dwadzieścia lat temu, jak również dla tych, którzy dopiero zaczną wypatrywać sów.
Ostatecznie fenomen tych wznowień dowodzi, że literatura gatunkowa, jeśli tylko jest podana z szacunkiem do odbiorcy, nie ma daty ważności. Można zmieniać okładki, dodawać barwione brzegi czy nowe interpretacje graficzne, ale serce historii pozostaje nienaruszone. I choć być może nigdy nie dowiemy się, jak to jest naprawdę rzucić skuteczne Expecto Patronum, to trzymając w rękach tak wydaną sagę, trudno nie odnieść wrażenia, że sama ta czynność ma w sobie coś z potężnego zaklęcia przywołującego najszczęśliwsze wspomnienia.




