Nie ma co ukrywać, „Lesbijska księżniczka z kosmosu” to film, który testuje granice wytrzymałości przeciętnego widza. Jeśli nastawiacie się na estetyczne doznania i harmonijnie budowaną fabułę, cóż, wówczas odbijecie się już przy napisach początkowych. „Lesbijska księżniczka z kosmosu” wydaje się animacją kontrowersyjną, ale umówmy się – nie aż tak bardzo, jak go malują internetowe nagłówki. Produkcja, które wymyka się klasycznym definicjom „dobrego smaku” czy „estetycznej spójności”, na ekranach kin jest dostępna za sprawą Velvet Spoon.

Gumowa psychodelia i kosmiczny śmietnik pomysłów
Twórcy filmu postawili na bardzo osobliwy pomysł wyjściowy, ale też specyficzną estetykę audiowizualną. Tak naprawdę dostajemy artystyczną miksturę – z jednej strony czuć w tym wszystkim anarchistyczny brud i dynamikę rodem z „Ricka i Morty’ego”, z drugiej – psychodeliczny, niemal gumowaty sznyt przypominający „Porę na przygodę”. Wydaje się, że autorzy z pełną świadomością zaproponowali nieco agresywną kreskę w neonowych kolorach, które mogą wypalić siatkówkę. Wszystko po to, by stworzyć świat tak samo chaotyczny i odklejony od rzeczywistości, jak jego międzygalaktyczni bohaterowie. A najbardziej, rzecz jasna, bohaterki.

Socjofobia w nadświetlnej – czyli historia o inności
Saira, introwertyczna księżniczka, która najchętniej spędziłaby wieczność w swoim bezpiecznym kokonie, zalicza bolesne lądowanie – rzuca ją dziewczyna, przebojowa łowczyni nagród o poziomie energii, który zawstydziłby królika Energizera. Nasza bohaterka pewnie utonęłaby w morzu użalania się nad sobą, gdyby nie fakt, że jej eks zostaje zwinięta przez grupę tak zwanych Uciskanych Białych Heterobcych. Ci kosmiczni partyzanci żądają okupu, przy którym klasyczne walizki pieniędzy to nuda. Efekt? Saira musi porzucić płakanie w poduszkę na rzecz kursu przetrwania. Czeka ją ekspresowa nauka nawalanki, pilotowania statków i – co dla kogoś z jej fobią społeczną jest gorsze niż dryfowanie bez skafandra – konieczność dogadania się z kimkolwiek w tej przeklętej galaktyce.

Galaktyka na opak, czyli opresja i represja
Koncept wyjściowy to podręcznikowy przykład kina satyrycznego z czasami naprawdę czarnym humorem. Twórcy serwują nam queerową space operę, w której role władzy zostały odwrócone o sto osiemdziesiąt stopni: to lesbijki trzymają stery galaktyki, a osoby heteroseksualne stanowią prześladowaną, zepchniętą do podziemia mniejszość. Brzmi jak materiał na ideologiczny manifest? Owszem, ale… nie do końca. Film nie bawi się w budowanie pomników ani gloryfikowanie jakiejkolwiek strony. Wręcz przeciwnie – niemal wszystkie postacie są tutaj koncertowo antypatyczne. To galeria egocentryków i frustratów, co sprawia, że zamiast im kibicować, z ironicznym dystansem obserwujemy kolejne katastrofy z ich udziałem.

Zero filtrów i łopata zamiast skalpela
Wydaje się, że dla niektórych potencjalnie największą siłą tej produkcji jest całkowity brak hamulców. „Lesbijska księżniczka z kosmosu” nie ma żadnego filtra i bezlitośnie nabija się ze wszystkich, włączając w to samą siebie. Twórcy nie bawią się w subtelności; jeśli chcą z czegoś zakpić, robią to z wdziękiem… tarana. Nie ma tu tematów tabu ani świętych krów, co sprawia, że satyra kpi z ideologii, poprawności i gatunkowych klisz, nie zostawiając suchej nitki na nikim. To humor bardzo specyficzny, czasem naprawdę męczący swoją dosłownością. A jednak, pod tą krzykliwą fasadą, kryje się coś, co w kinie jest ważne – bezkompromisowe poszukiwanie siebie. I jest w tym filmie naprawdę sporo wartościowego materiału do przemyśleń.

Pod formą głośnych, niewybrednych, często niezbyt trafionych żartów „Lesbijska księżniczka z kosmosu” przemyca całkiem trzeźwą, interesującą diagnozę o naturze władzy i trudach wychodzenia z własnej strefy komfortu. Jeśli macie dość sterylnego kina i nie boicie się bohaterów, których po prostu nie da się polubić – to seans dla Was.




